01|16
PL DE UA
Umarłam, czyli ratujcie mnie („Alicyjka”)

Obraz VIII

Miałaś swoje umieranie. Czasem, kiedy byliśmy w pobliżu i w coś tam się bawiliśmy, ale głównie grawitowaliśmy wokół ciebie, umierałaś. Kładłaś się na łóżku, leżance, potem na kanapie, zamykałaś oczy i mówiłaś: „Umarłam”. Wiedzieliśmy, że to żart. Na początku. I mówiliśmy: „Przestań, nie wygłupiaj się, wiemy, że udajesz”. Ale ty nie reagowałaś.

– Przestań, mamo! Otwórz oczy! W tej chwili! I tak ci nie wierzymy!

– Mamo, to głuuupie. Otwórz oczy. Nie boimy się wcale. No, już!

Próbujemy cię łaskotać. I nic. Jeszcze przez chwilę udajemy, że nas to nie dotyczy, choć widzę po Zet, że jest bliski płaczu. On najczęściej zaczynał płakać pierwszy, bo wierzył. Ale i ja płakałam. Dopiero kiedy chwilę popłakaliśmy, coraz głośniej, a w końcu zaczynaliśmy cię całować w usta, w oko, w czoło, gdzie się dało, otwierałaś oczy i śmiałaś się z nas takim śmiechem, jaki w ogóle nie powinien istnieć, bo jest okropny i trudny do zniesienia dla dzieci. Wstydziliśmy się swojej spontanicznej czułości, a ty się z nas śmiałaś. W tę okrutną zabawę bawiłaś się z nami przez wiele lat, a my za każdym razem dawaliśmy się nabrać.

Może ty naprawdę byłaś okrutna? A do tego miałaś wielkie aktorskie zdolności? W końcu potrafiłaś nas wprowadzać w nastrój grozy i tajemnicy, kiedy mówiłaś: „Zbrodnia to niesłychana, pani zabija pana, zabiwszy grzebie w gaju, na łączce przy ruczaju… W ogródku go pochowała, lilię na nim zasiała, rośnij kwiecie wysoko, jak pan leży głęboko” – zmieniając przy tym kompletnie wyraz twarzy, zaokrąglając oczy, co nie wiem, jak się robi, i nadając głosowi odpowiedni tembr.

„Potem cała skrwawiona, męża zbójczyni żona, bieży przez łąki przez knieje…”

„Idź na gościniec i w las, czy kto nie jedzie do nas…”

Ten twój teatr był właściwie makabryczny, ale na swój sposób go lubiłam, bo stawałaś się wtedy bardziej niezależna. Dawałaś dowód, że potrafisz skupić się na czymś innym niż twój mąż. Że potrafisz nie myśleć, gdzie on teraz jest i czy cię zdradza. Że przez chwilę potrafisz skupić się na nas.

Bo poza tym to tylko na nas krzyczałaś. Że czegoś nie zrobiliśmy, że się kłócimy, że się bijemy, że skarżymy. A Jacek naprawdę nie dzielił budyniu sprawiedliwie! Sobie brał największą porcję na dużym talerzu, a my z Zet dostawaliśmy na małych.

Czasem mówiłam ci:

– Jak będziesz tak na nas krzyczeć, to pójdziemy do Staszki Majchrowskiej i spytamy, czy zostanie naszą mamą.

– Ona już ma swoje dzieci, ma Malinę i Zdzisia. Po co jej wy? – odpowiadałaś.

– Ona na swoje dzieci tak nie krzyczy jak ty!

– Bo nie są takie niegrzeczne jak wy. To nie ma powodu krzyczeć.

Ale trochę ci było przykro. Więc cel został osiągnięty.

Tak naprawdę jednak zawsze wiedzieliśmy, że od mamy nie można wymagać, nie można oczekiwać. Albo była zajęta, albo smutna, a co najmniej zamyślona i nie miała ochoty się z nami bawić. Widzieliśmy, że się martwi, że jest zdenerwowana. Wiedzieliśmy, o czym myśli (o której on dzisiaj wróci i w jakim stanie). My też o tym myśleliśmy. Była między nami cicha wspólnota czekania na nieszczęście.

 

A chór mówi:

Smutno dzieciom, smutny czas. Czy już jedzie on do was? Nie wyglądaj, tylko bądź, z dziećmi swemi wspólnie siądź. Z nimi pobaw się.

 

Fragment książki opublikowaliśmy dzięki uprzejmości wydawnictwa Nisza. Kolaże autorstwa Bogusława Bachorczyka publikujemy za zgodą autora. 

Do góry
Drukuj
Mail

Hermetz Liliana[autor]

Liliana Hermetz – ukończyła kulturoznawstwo ze specjalnością teatrologia, studiowała język, literaturę i cywilizację francuską na uniwersytecie w Strasburgu, ukończyła także studia MBA. Pracowała jako animatorka kultury, dziennikarka, tzw. osoba zmywająca, tłumaczka, koordynatorka, dyrektorka. Ważni twórcy: Miron Białoszewski, Krzysztof Warlikowski, J. M. Coetzee. „Alicyjka” to jej literacki debiut.