01|16
PL DE UA
Przypadek Alicji

*

– Kotek!

Byłam już spóźniona, Tomasz za nic nie chciał mnie puścić samej na miasto, jak gdyby widmo porodu ciążyło na każdym kroku. Słyszysz, ty tam w dole? On przejmuje się tobą bardziej niż mną, nie pozwolę na to.

Kotek czekał pod empikiem, w miejscu, gdzie umawiają się wszyscy. Lepiej już, żeby tłum bez przerwy wachlował ci drzwiami nad uchem, niż gołębie srały na głowę pod pomnikiem Adasia. Dużo ludzi, kręcą kółka na ograniczonej powierzchni, byle nie minąć się z umówioną osobą. Łażą wzdłuż witryn, zaglądają do ogródka położonego obok Hard Rocka, ale Kotka wyłowiłam pośród nich bez problemu.

– Cześć, mała. Wyglądasz wprost kwitnąco.

– Będzie mi brakowało twojego sarkazmu.

Chichoczemy oboje. Ostatnio zdarza mi się zapominać o problemach tylko w jego towarzystwie, ale i tak jedynie na moment. Dodatkowe kilogramy szybko sprowadzają mnie na ziemię. Palił długie, babskie papierosy. Chciałam się poczęstować, ale odmówił, trzepiąc tą swoją czarną czupryną.

– Nie, mała, nie w moim towarzystwie, bo twój przyszyły mąż poprowadzi krucjatę przeciw wszystkim kotom w mieście. A nie wiem, czy wystarczy mi żyć.

– Masz ich dziewięć, to ja jestem niepowtarzalna.

Pociągnął mnie do cukierni po drugiej stronie Rynku. Jeszcze zimno, Kraków wciąż szary od ludzi zakutanych w płaszcze. Ładne dni przeplatają się z takimi, gdy niebo spada na głowy, wiatr chłoszcze plecy i lepiej zostać w domu z kubkiem kakao w ręce. Dziś nie mieliśmy szczęścia.

– I znowu chcesz mnie tuczyć, Kotek, nie mogę, nie chcę, dość. Wystarczy, że już niedługo osiągnę rozmiary orki i bez ciast, zagryzanych kiszonym ogórkiem.

– Ala, wyjeżdżasz, na wsi nie masz takich rozrywek.

Istotnie, nie miałam niczego poza jednym jedynym sklepem, czynnym kilka godzin dziennie, gdzie cena masła oscyluje wokół dychy. Nie można odmawiać sobie czekoladowego tortu, czy czego bycokolwiek tam bynie mieli w karcie. A mieli dużo, aż za dużo. Lubiłam ten lokal, bomba kaloryczna zawsze poprawiała nastrój.

– Załatwiłaś sprawy na uczelni? – Kotek z kurtuazją pomógł mi zdjąć płaszcz, odsunął krzesło.

– Na szczęście. – Usiadłam z niemałą ulgą. Nie wiem, czy rzeczywiście byłam słaba, czy po prostu wolałam taką udawać. – Nie robili problemów, nawet mogę się ubiegać o jakieś stypendium, jak już wrócę.

– A wrócisz? – Kotek, czy ty zawsze musisz znać moje najskrytsze obawy? – zapytałam retorycznie, wznosząc oczy ku niebu.

Widać zwróciło to uwagę obsługi, bo kelnerka wydęła dziwnie wargi i przyjęła zamówienie. Czy ja wyglądam na wariatkę?

– Chcę wrócić, chcę, żeby moje życie było takie samo jak dotąd. Chcę przesypiać noce, mieć czas dla siebie, uniknąć rozstępów i rozcinania krocza, babrania się w pieluchach i reszty tego gówna. Nie dorosłam, nie dojrzałam, jestem za młoda, by umierać, Kotek.

Uśmiechnął się ładnie, jak zwykle, puścił oko do pani, która stawiała przed nami zamówione torty. Boże, naprawdę będę przypominać wieloryba.

– Próbowałaś, Ala.

– Nie rozumiem, jak Skrobigar mógł popełnić błąd.

– Widać się zdarza.

– Bardzo niefrasobliwie to przyjmujesz, Kotek. – Zmrużyłam oczy.

– Tak, mała, jestem z nim w zmowie. Podaliśmy ci witaminę C zamiast metotreksatu, za obopólną zgodą.

– Och, daj spokój. Widocznie tak miało być.

– Święte słowa.

Ciasto smakowało wybornie, od razu we krwi zaszumiały endorfiny. Mam nadzieję, że tego nie czujesz, mała cholero, nie należy ci się.

– Jak zareagowali rodzice?

– Przez telefon nie można nikomu urwać głowy. – Wzruszyłam ramionami. – Podejrzewam, że zgilotynują mnie, jak tylko przestąpię próg. Wiesz, z dzieckiem przy piersi nie da się robić doktoratu albo dwóch fakultetów.

– A co na to Tomasz?

– Stresuje się. – Wyobraziłam sobie, że pewnie teraz kompletuje garderobę na spotkanie z teściami. Tylko jak tu coś wybrać spośród koszulek z dziwnymi nadrukami, jak tu wybrać coś, co nie jest upaprane farbą.

– Chce zrobić dobre wrażenie. Ojciec się nie interesował, matka wiedziała tyle, ile wypaplała jej Aneta. A trzeba wziąć pod uwagę jej skłonność do przesady.

– Jaka jest zatem oficjalna wersja?

– Złapałam nadzianego artystę na dziecko. Boże, ani go nie złapałam, ani on nadziany.

– No właśnie, utrzymacie się jakoś?

Wzruszyłam ramionami.

– Tomasz się przejął. Chce wziąć więcej pracy w szkole rysunku i dawać prywatne lekcje. No i nie zapominaj o wystawie, może uda się coś sprzedać.

– Tego życzę.

– A ja, z moim kulawym wykształceniem, mogę co najwyżej siedzieć w domu.

– Będę cię odwiedzał, maleńka.

– Marzę o tym.

– Głowa do góry, przecież jakoś się ułoży.

– Kotek – zaczęłam, gmerając widelcem w okruszkach; tylko tyle zostało po cieście. – Nie jest ze mną najlepiej. Przytrafiają się wokół dziwne rzeczy, każda z nich akurat dotyczy mnie. Szczury, Kotek, dałbyś wiarę? Wszędzie za mną łażą. Poza tym gadam do siebie, a najgorsze, że mi ktoś odpowiada.

– Mała, gdybym ja nie gadał do siebie, to nie mógłbym porozmawiać z nikim na poziomie. Nałóż sobie więcej z mojego talerza, polepszy ci się.

– Przecież jeszcze w ogóle sobie nie nakładałam – rzuciłam, bawiąc się słowami. Tylko z Kotkiem to wychodziło.

– Trudno więc, abym nałożyła sobie więcej.

– Chciałaś powiedzieć, że trudno, abyś nałożyła sobie mniej – zaśmiał się Kotek. – Przecież znacznie łatwiej nałożyć sobie więcej niż nic.

– Więcej niż nic. Czy ja proszę o tak wiele?

 

Dzięki uprzejmości Grupy Wydawniczej Foksal
Copyright © by Aleksandra Zielińska, MMXIV.

Do góry
Drukuj
Mail

Zielińska Aleksandra[autor]

ALEKSANDRA ZIELIŃSKA (1989, Polska) - absolwentka Uniwersytetu Jagiellońskiego, studentka Wydziału Sztuki Uniwersytetu Pedagogicznego im. KEN w Krakowie. Pisarka, tłumaczka. Do tej pory publikowała opowiadania w wielu kategoriach.