01|16
PL DE UA
Portret trumienny

Spociłem się, wchodząc po schodach. Przez duszność albo papierosy. Może i oba czynniki to spowodowały. Nie mnie oceniać. W swoim pokoju zdjąłem mokrawą koszulę i założyłem czarny T-shirt, wysmarowawszy pachy antyperspirantem, który wedle informacji na etykietce nie zostawia białych smug na czarnych materiałach. Zobaczymy. Z nieruchomym powietrzem zmieszały się zapachy spalenizny i zupy gulaszowej. Wszystkie wyziewy z dołu przedostały się ostatecznie w wyższe partie domu, całkowicie zasmradzając mój pokój. Otworzyłem okno, przez przypadek wyrywając firanę z plastikowego uchwytu żabek, przymocowanych do karnisza. Zapaliłem camela, aby dodać sobie otuchy. Znikły chmury zapowiadające burzę, a nade mną rozciągała się gwieździsta, choć bezksiężycowa noc. W taką noc zatonął Titanic, tylko było zimniej. Ziewnąłem. Chciałem usnąć, zmęczony krwistą przynależnością do osób siedzących na dole. Oczywiście oprócz Jurka, mojego Jurka. Camel wypalił się szybciej, niż myślałem. Położyłem się na łóżku.

Nagle się zerwałem, przecież i tak nie dadzą mi usnąć. Przyjdą, będą nagabywać, krzyczeć, że nie integruję się z rodziną. Niedoczekanie wasze. Przysunąłem torbę do siebie. Bardzo szybko wygrzebałem prezent dla mojej matki, po czym rzuciłem nim o ścianę. Miałem dla jubilatki, a właściwie dla nich wszystkich, coś lepszego. Pośród rurek, skarpetek, bokserek i koszuli leżało zbawiennie lśniące MP40. Znajomości w kręgach rekonstruktorskich mają swoje plusy. W mym stroju, laczkach, no i z bronią w ręku wyglądałem komicznie. Mały aparat cyfrowy z łatwością mieścił się w kieszeni.

Wyszedłem z pokoju, gotowy odciąć się od nich na wieczny odpoczynek. W kuchni nikogo nie było, a szkoda, wielka szkoda. Zapapranie juchą szorowanych kafelek wydało mi się arcyciekawe. Z pokoju imprezowego dalej dobiegały odgłosy gorączkowych rozmów i brzdęk sztućców. Byłem już blisko. Załadowałem szwabską broń.

Niespodziewanie w drzwiach dużego salonu pojawiła się Paulinka. Cóż to za szczęście, że pierwsze z mych rąk miało zginąć dziewczę z powstania warszawskiego. Oczywiście niczego się nie spodziewała. Spojrzała na mnie z odrazą, a ja odwzajemniłem się nieukrywaną radością. Wycelowałem pistolet, a Paulinka cofnęła się o dwa kroki, wpadając na półkę na laczki. Pewnie myślała, że mam w dłoniach atrapę, bo po chwili zreflektowała się, otrzepała kiecuszkę i była gotowa, bez słowa zniesmaczenia, pójść dalej, dokądkolwiek zmierzała.

Pociągnąłem za spust. Odgłos wystrzału pewnie poderwał rodzinę z siedzisk, natomiast Paulinkę na wieczność uziemił na półce z laczkami. Dostała w szyję, a następnie prościutko w czoło. Kiecka zabarwiła się na czerwono. Nie wyjdzie atrakcyjnie na pośmiertnym zdjęciu, oj, nie wyjdzie. W tych samych drzwiach pojawił się Wiesław. Miał nóż do masła w dłoni. Co za idiota! Jak będą tak masowo wychodzić, to nigdy nie wejdę do dużego salonu. A przecież śmierć musi nadejść niespodziewanie, najlepiej przy wspólnym biesiadowaniu!

– Ożeż kur... – Nie zdążył dokończyć zdania, moje MP40 było szybsze.

Seria rozpruła brzuch; Wiesław upadł, pięknie krwawiąc. Zaraz zdechnie!

Na poliku poczułem ciecz, oczywiście była to krew pomieszana z potem. Obrzydziła mnie ta ohydna, flegmowata jucha brata i jego córusi. Na szczęście, nikt więcej nie przyszedł zobaczyć, jak strzelam, jak się raduję. Sam musiałem więc zaprezentować swoje możliwości. Reszta rodziny kuliła się w kącie pokoju stołowego, tylko Michał, spity na amen, kimał dalej na kanapie. Zabicie go to żadna przyjemność. Dostał dwie kulki i po sprawie. Pozostali podnieśli larum. Dżizas, ale się darli.

– Aleksandruś, dziecko, co ty robisz?! – Ma matka darła się najgłośniej.

Nie odpowiedziałem.

– Też żeś go wychowała, zobacz, dziołcha, co on robi?! – krzyknęła Gienia.

Ciotka myślała, że potrafi zachować zimną krew. Myliła się. Jej krew była tak samo ciepła jak pozostałych. Upadła pokracznie, wyrżnąwszy fioletowym hełmem o kaloryfer. Wiesia załkała. Ją zostawię na koniec. Matkę zastrzeliłem następną, mimo wszystko nie chciałem, aby się męczyła. Wtedy ryknęła Sabinka, zapewne myśląc przy okazji o Mili. Nie pamiętam, czy wtedy mówiono coś do mnie. Jurek na pewno przytulił moją siostrę swą rzeźbiarską ręką. Wypiął się, dumny. Ech, to męskie ego!

Podszedłem bliżej. Przemieszczałem się wzdłuż lewej krawędzi stołu. Nagle Wioletta zaczęła uciekać. Cóż za egoistka! Zostawiać rodzinę w chwilach grozy! Okulary kuzynki zalały się czerwienią wypływającą z dziury w czole. Przy okazji na białej ścianie powstały finezyjne kleksy. Gdyby udało mi się to wyciąć, mogłoby się nadać na wystawę. W agonii kuzynka upadła na talerze, zbiła co nieco, ręka wpadła w resztki ciast. Chcąc okazać swą łaskę, zaproponowałem Jurkowi, że wyjedziemy do Holandii lub innych progejowskch krajów, weźmiemy Milę, bo nic nie będzie pamiętać, i Drugiego, bo to dobry chłopiec.

– Pedał! – krzyknęła Krystyna, która modliła się w kwiatach doniczkowych. Zakrwawiła je niezmiernie szybko.

– Czy ty chcesz mi coś powiedzieć? Jesteś gejem? – Sabina zapytała swego partnera. Nawet w chwili zagrożenia życia moja siostra wątpi, zadaje pytania. Prawdziwa humanistka na rynku śmierci.

Mogłoby to być całkiem fantastyczne! Wyjechać z Jurkiem, wiatr we włosach, dzieci na tylnych siedzeniach. Wspólne mieszkanie w Amsterdamie. On rzeźbi, ja wystawiam, zapominamy o moim pistoletowym wybryku.

– Nie jestem! – Jurek spojrzał na mnie pięknie, tak wspaniale, że mógłbym go nawet oszczędzić. Prawdziwy nazistowski żołnierz jednak nie postępuje w ten sposób. Zresztą w filmach sensacyjnych gdy ktoś wie za dużo, należy go zlikwidować.

Zatem rozerwałem ostrzałem tę parę, która zdążyła się już wtulić w siebie. Nawet serce mi się trochę krajało, jak to się mówi. Upadli we własne flaki, przepełnione niedawno skonsumowanym żarciem.

Wiesława ukucnęła w kącie. Płakała, a płacz ten był muzyką klasyczną dla mych uszu. Przerwałem koncert na dobre.

Cisza. Milczenie na imprezie to zły znak. Brak wspólnych tematów, nieklejące się rozmowy. Zawsze wtedy można porobić zdjęcia, aby zaśmiewać się ze specjalnie przybieranych póz czy strojonych min, które rozbrajają towarzystwo.

– Tak się składa, że mam ze sobą aparat, kochana rodzinko – rzekłem, lecz nie usłyszałem odpowiedzi. Moi krewni pewnie się wstydzili upamiętniania na fotografiach, tak niegustownie w tym momencie wyglądali. Dałem im chwilę na przygotowanie, przeczesanie włosów, poprawienie kołnierzyków i krawatów.

 

[Ilustracja: Leszek Pietrzyk]

Do góry
Drukuj
Mail

Wojtaszczyk Kuba[autor]

KUBA WOJTASZCZYK (1986, Polska) - kulturoznawca, absolwent Gender Studies UAM. Lubi absurd, wierzy w Woody’ego Allena. Dla kontrastu interesuje się Shoah. Publikował m.in. w „Lampie”, „Czasie Kultury”, „Wakacie”. „Portret trumienny” to jego debiut literacki.