01|16
PL DE UA
Darwinowi figa z makiem

Duński fizyk, laureat Nagrody Nobla Niels Bohr na pytanie o to, czy zrozumiemy kiedyś atomy, odpowiedział: „Tak. Ale jednocześnie dopiero wtedy dowiemy się, co znaczy słowo »rozumieć«”. Dziewięć dekad później do tej pory niezrozumiane atomy umieszcza w centrum zainteresowania poetka, botaniczka leśna Urszula Zajączkowska. Napięcie między stawiającymi opór rozumieniu składnikami materii a nieustannym pragnieniem zgłębiania świata – wspólnego domu stanowi główną oś jej debiutanckiego tomu Atomy.

„Atom kryje moc”

Tytuł inicjalnego tekstu zbioru (cel metody wyniki dyskusja) wskazuje, że będziemy mieć do czynienia z pracą naukowca, który przedstawi cel, metody, wyniki, a następnie otworzy dyskusję. Zajączkowska jednak konsekwentnie od samego początku zwodzi czytelnika. Spełnia jedynie jedną zapowiedź – daje początek rozmowie, zaplecze metodologiczne odkłada natomiast na drugi plan, nie zapomina o nim całkowicie, gdzieś w tle przywołuje go nieustannie, by pokazać jego niewystarczalność. Okazuje się bowiem, że znajomość faktów, praw i zasad nie pozwala uzyskać wiedzy pewnej. O wielu sprawach możemy mówić tylko i wyłącznie w kategoriach prawdopodobieństwa. Do takich zagadnień należy zaliczyć zwłaszcza atom, który „podobno (…) kryje moc”. To moc niezwykła, bo sprowadzająca do równoprawnej pozycji wszystkie elementy materii. Widzenie atomowe, które uruchamia Zajączkowska pozwala uzyskać pozycję pokornego obserwatora, a zarazem współuczestnika, który chce patrzeć na świat przez powiększające szkło, by postrzegać więcej i dokładniej, bardziej rozumiejąco. Ze świadomością, że taka zbliżeniowa perspektywa, oddana za pomocą metafory krojenia łodygi wciąż „na pół i na poł”, daje możliwość dostrzeżenia, że tak naprawdę nawet my sami nie należymy do siebie, gdyż nieustannie odbywa się w nas walka między „mojością” i „niemojością” atomów.

Atomowość świata daje więc początek zupełnie innemu sposobowi doświadczania rzeczywistości. Z jednej strony otwiera pole dla wspólnotowego bycia wszystkich istot zbudowanych z tych samych elementarnych cząstek. Z drugiej – zwraca uwagę na momentalność istnienia, ciągłą wymienialność zachodzącą pomiędzy różnymi częściami materii. Mimo pozornego ładu i przeświadczenia, że „wszystko wie, co ja tu robię”, co chwilę można zauważyć pęknięcia, dysonanse oraz odstępstwa od normy. Ruch atomów trwa.

„Nawias prawdopodobieństwa”

Zajączkowska nie stara się zatrzymać tego ruchu. By nie zostać natomiast opanowaną przez zupełną płynność i nieuchwytność zjawisk, próbuje trzymać się konkretów. W tytułach kolejnych tekstów wskazuje więc na miejsca (np. Karkonosze, Warszawa – Wola, Etna), osoby (np. matematyk. on kocha, matka w tunelu, leśnik), zdarzenia (np. warsztaty, to było wesele na koniec lata). To pozwala jej porządkować chaos rzeczywistości, uzyskiwać punkty oparcia, ale także przyjąć postawę skoncentrowanej i zaangażowanej w dany problem uczestniczki życia na Ziemi. Widoczna jest jednak wyraźna świadomość, że nie wszystko można skatalogować. Niektóre rzeczy dzieją się bowiem „wbrew grawitacji i każdej innej ukierunkowanej sile”, po prostu zdarzają się, nie można ich przewidzieć i zaplanować, tak jak np. tego, że zimowe świerki, opisane w wierszu w grudniu, zbudzą się zbyt wcześnie i zaburzą rytm przyrody. U poetki w „nawias prawdopodobieństwa” zostaje wzięta cała rzeczywistość. Zaakceptowanie przygodności i przypadkowości, paradoksalnie, staje się tu gwarantem uzyskania pewności. Pewności, że wszystko może okazać się prawdopodobne.

Postawa podmiotu mówiącego wyrasta również z zakorzenia w przeszłości i historii, powtarzanemu ruchowi zstępowania „w dół”, uwzględnianiu faktu, iż „dwieście tysięcy lat człowieka na ziemi” nie pozostaje bez znaczenia. Ta wiedza uczy przecież, że przemoc i okrucieństwo wpisane są w istnienie na tej planecie. Poetka bacznie przygląda się więc procesowi ewolucji, a także mechanizmowi łańcucha pokarmowego, czy zjawiskom krystalizacji oraz skraplania, by pokazać, że walka atomów odbywa się na wszystkich poziomach, towarzyszy najprostszym zdarzeniom. Nawet zwykłe spoglądanie na szyszki przycmentarnych sosen okazuje się konfrontacją z bezlitosnymi zabiegami materii. Szyszki będą bowiem kiedyś musiały zginąć, by ktoś zajął ich miejsce, mógł odpoczywać w spokoju. Żal towarzyszący tego typu obserwacjom nie wiąże się z naiwnym wzruszeniem, ale głęboką troską o każde życie. Życie wszystkich nieuchwytnych atomów.

Dzikość ogrodu

Podmiot wierszy Zajączkowskiej przyjmuje wyraźnie biocentryczną perspektywę, człowiek nie staje się tu w żaden sposób uprzywilejowanym elementem biosfery, jest tylko jednym z wielu aktorów, zmuszonym do nieustannego odrabiania lekcji pokory i wrażliwości. Widzimy więc hipopotama, który, mimo tego że ma skórę nieznającą różnicy „miedzy mżawką a ulewą”, ucieka przed burzą. We „wstecznym lusterku samochodu” obserwujemy rodzące się uczucie młodych, zafascynowanych sobą przylaszczek. Spoglądamy na Etnę, która dla swoich „sąsiadów”: jaszczurek, węży i pobliskich drzew staje się raz kochająca, a raz surową babcią. W świecie poetki nie ma granic, nie chodzi o to, że zwierzęta przejmują ludzkie role, ale o to, że najważniejszy okazuje się wspólny sposób doświadczania, wzajemna troska i zrozumienie.

Natura nie jest tu sielankowym fantazmatem, odrealnioną krainą, ale miejscem, gdzie obok istot żywych zostają umieszczone osiągnięcia i wytwory człowieka. Współczesny świat – ogród to nie nieskażona ludzką ręką dzicz, lecz dzikość, która sprawia, że np. obok autostrady ciągle może rozrastać się mech. Punktem szczególnej kontemplacji okazuje się w Atomach sztokholmska hala odlotów, gdzie codziennie gromadzą się sterty śmieci, które niby zostaną poddane recyklingowej obróbce, ale, co z wyraźną ironią zauważa podmiot wiersza, powstaną z nich kolejne potencjalne odpady: „modne zeszyciki wprost dla westchnień trendy-nastolatek”. Śmieciowa maszyneria zostaje więc pokazana jako okrutny i niedający się zatrzymać mechanizm przypominający proces gnicia – kolejny ruch atomów.

„Niewymiernie blisko”

Na jednym z planów Atomów toczy się subtelnie zarysowana dyskusja z mężczyzną – matematykiem, najwyraźniej widoczna w tekstach matematyk. on kocha oraz (…) jestem przy Tobie. To próba pogodzenia dwóch stanowisk: mężczyzny bezgranicznie oddanego nauce i kobiety, która stara się budować pomost między światem niepodważalnych reguł a przestrzenią humanistyki: otwartością na niezrozumienie i niedopowiedzenie.

Wiersze pięknie pokazują proces zbliżania się do siebie, a zarazem stopniowego przełamywania granic między tymi dwoma przestrzeniami. Ostatecznie okazuje się przecież, że i w matematyce jest wiele niewiadomych i nieskończona ilość rozwiązań. Prawda staje się mniej istotna, ustępuje miejsca uczuciom. Nie chodzi jednak o to, żeby odrzucić wiedzę, ale jej zaufać, pozwolić jej poprowadzić się dalej, tam, gdzie „tamta świetlistość i tylko jasność tylko spokój”. Ta świetlistość u Zajączkowskiej nie ma być jakimś wyższym, naddanym sensem. Ona także, jak wszystko, wpisana jest raczej w przypadkowość i przyjmuje charakter przebłysków. „Modlić się o cud nie trzeba”, on zdarza się nieustannie, niezbędne jest tylko wytężone oko, które potrafi zwrócić uwagę na to, co się dzieje pod mikroskopem, w przestrzeni między atomami.

„Niby jestem”

Ta przestrzeń między atomami jest ogromna, absolutnie nieuchwytna dla ludzkiego wzroku. Zdaje się jednak, że chodzi tu jedynie o metaforyczne przyjęcie perspektywy atomowej, która pozwala sobie uświadomić, że między pojedynczymi cząsteczkami znajdują się gigantyczne obszary pustki. Widzenie w takiej skali uczy troski i odpowiedzialności o każde życie. Pozwala też przyjrzeć się sobie, istocie zmuszonej do nieustannej konfrontacji z samą sobą. Bo przecież niby jesteśmy, ale w każdej chwili tracimy i jednocześnie zyskujemy: oddychamy, pozbywamy się wydzielin. A to wszystko dzieje się szybko i cicho, niezauważalnie. Potrzeba więc perspektywy atomowej, by docenić to, że w przebłyskach jednak istniejmy.

Zajączkowska tego typu prawdom pozwala rozbłyskać subtelnie. Stara się mówić o tym, co ważne, ale nie czyni tego posługując się wysokim tonem mówienia o sprawach wielkich i znaczących. To, co istotne, jest w Atomach jedynie delikatnym przebłyskiem, natychmiast przyćmionym przez charakterystyczny humor i ironię. Debiutancki tomik poetki to ważny głos, który dobrze odnajduje się w przestrzeni dopiero rozwijających się w Polsce badań ekokrytycznych, a wychodząc od naukowych prawd stara się budować pomost pomiędzy nimi a światem poezji. Autorka czyni to z wielką wrażliwością i przy każdym spotkaniu ze światem materii towarzyszy jej przeświadczenie, że: „Jedyne co wiem o tobie, to to, że chcesz żyć”. Poetka z pokorą godzi się z niemożliwością pełnego zrozumienia, docenia procesualność zjawisk, pozwala sobie na chwile odcięcia się od posiadanej wiedzy („dziś dla Darwina tylko figa z makiem”), a dzięki jej czułemu spojrzeniu wiersze choć na chwilę stają się wspólnym domem, gdzie jest miejsce dla wszystkich niestrudzenie mknących atomów.

 

Urszula Zajączkowska

Atomy

Wydawnictwo „Zeszyty Poetyckie”, Gniezno 2014, s. 51

 

Grafika pochodzi z okładki książki projektu Magdaleny Modławskiej

Do góry
Drukuj
Mail

Klimek Ilona[autor]

studentka krytyki literackiej WP UJ, redaktorka miesięcznika „Znak”