01|16
PL DE UA
Pokój, spokój i imbryczek

Magazyn „Radar” przeprowadził wśród byłych stypendystów i stypendystek Homines Urbani ankietę. Pytaliśmy, czym był dla nich czas spędzony w Willi Decjusza, jak wpłynął na nich: pisarzy / pisarki i po prostu ludzi. Oto nadesłane wspomnienia.

Więcej o programie stypendialnym Homines Urbani: Willa Babel

 

Mariusz Sieniewicz (ur. 1972, autor następujących książek: Prababka 1999; Czwarte niebo 2003; Żydówek nie obsługujemy 2005; Rebelia 2007; Miasto Szklanych Słoni 2010; Spowiedź Śpiącej Królewny 2012; Walizki hipochonryka 2014):

Gdy myślę o Willi Decjusza, słowa układają się bezwiednie w melancholijną laurkę. Bo z perspektywy dzisiejszego autyzmu pisarzy, pozamykanych w szklanych kulach egotycznych karier, stypendium Homines Urbani miało ogromną wartość dialogową. Rozmawialiśmy o literaturze, rozmawialiśmy o życiu w całym jego zróżnicowaniu światów, z których pochodziliśmy. Niby nic, ale zważywszy na kształty, jakie przybiera rzeczywistość, takich rozmów – uważnych, oswajających, empatycznych, o różnicach, innościach, obcościach – bardzo dzisiaj potrzeba.

Dzięki głównodowodzącym: Danucie Glondys i Renacie Serednickiej, jako nieopierzony jeszcze „pisarz”, miałem okazję podpatrywać innych piszących, doświadczyć „wymiany doświadczeń”, jakże ważnej we wstępnym etapie twórczości. Poznałem, czym jest „zachodnia” dyscyplina pisarska w wykonaniu Mereike Krügel i Tobiasa Hülswitta, czym mocno słowiańskie głębie i mielizny twórcze Tarasa Prochaśki i Sofijki Andruchowycz. Z Danielem Odiją odganialiśmy wspólnie demony prozy Północy (w Krakowie, w komfortowych warunkach stypendialnych miało to moc perwersyjną).

Wspólna kuchnia Domu Łaskiego stanowiła eksterytorialną przestrzenią wspólną, gdzie dochodziło do międzynarodowej rozprawy nad duchem literatury, zaś odrębne pokoje – udaną projekcją pustelniczej samotności, w której każdy mógł się zatracić i nie wychodzić całymi dniami, jeśli tylko geniusz rezydenta uznawał to za konieczne. Możliwe więc było – jak mniemam po sobie – osiągnięcie deficytowego stanu skupienia, kolokwialnie zwanego „świętym spokojem”. Dzięki niemu skończyłem zbiór opowiadań Żydówek nie obsługujemy.

Zakończę sentencjonalnym patosem: tam, gdzie pisarze mogą w świętym spokoju dokończyć swe dzieło tkwi jakiś zalążek utopii. I takim miejscem jest Willa Decjusza.

____________________ 

Łukasz Orbitowski (ur. 1977, opublikował m.in. Horror show 2006; Prezes i Kreska. Jak koty tłumaczą sobie świat 2008; Święty Wrocław 2009; Nadchodzi 2010; Widma 2011; Szczęśliwa ziemia 2013; Inna dusza, 2014):

Najbardziej pamiętam imbryczek. W Willi Decjusza spotkało mnie wiele dobrego. Mogłem w spokoju pracować nad książką. Wieczorami brałem piwko i siadałem w parku. Paliłem, patrzyłem na gwiazdy, słuchałem szumu gwiazd i zastanawiałem się nad kierunkiem w którym skręcało moje życie. Traf chciał, że stypendium Homines Urbani dostałem w dość trudnym momencie ze względu na kłopoty osobiste. Znalazłem się, można by rzec, na zakręcie. Mówiąc metaforycznie, wiał lodowaty wiatr. Brudna woda pryskała na mnie spod kół ciężarówek. Napisałem jednak kilka opowiadań, zacząłem pracę nad powieścią. Poznałem fajnych ludzi. Niemcy i Ukraińcy poznali moje teksty. Przyjeżdżając zabrałem ze sobą imbryczek do kawy. Zostawiłem go w kuchni. Korzystali z niego wszyscy. Myśleli, że znajduje się na wyposażeniu. Nie miałem nic przeciwko temu. Zdarzyło się tak, że musiałem wyjechać na parę dni. Nie wiem już dokąd. Gdy wróciłem, w kuchni zastałem wielką, brązową plamę na suficie, za to brakowało imbryczka. Wkrótce wyjaśniono mi co zaszło. Pewien sympatyczny pisarz z Niemiec nabrał ochoty na kawę. Nie wiem czy nasypał jej za dużo, czy może zostawił imbryczek na płycie grzewczej i o nim zapomniał. Imbryczek, służący dotąd dobrze mnie i innym literatom po prostu eksplodował. Cała kuchnia była w kawie i resztkach wrzątku. Nie mam pojęcia jak to doczyszczono. Wiem jednak, że imbryczek czasem zmienia się w granat. Literaci nie mogą żyć bez kawy. Mam nadzieję, że koleżanki i koledzy po piórze potraktują tę historię jako ostrzeżenie.

____________________ 

Sylwia Chutnik (ur. 1979, opublikowała m.in. Kieszonkowy atlas kobiet 2008; Dzidzia 2009; Cwaniary 2012; W krainie czarów 2014; Jolanta 2015):

Ale to był owocny pobyt! W tym samym roku, w którym ukazała się moja debiutancka powieść Kieszonkowy atlas kobiet pojechałam na trzy miesiące do Krakowa. Mój syn chodził jeszcze wtedy do przedszkola, więc postanowiłam go ze sobą zabrać. Mieszkałam na parterze, w pokoju obok białoruskiej tłumaczki, która też była ze swoim synem. Pech chciał, że zachorowała i trafiła do szpitala. Opiekowałam się jej synem i z pisarki stałam się podwójną mamą. Zresztą w ogóle wtedy nie czułam, że literatura coś poważnego w moim życiu. Byłam przed wszelkimi nagrodami i nominacjami i cieszyłam się pierwszą książką. To wszystko, nie miałam wielkich oczekiwań i dopiero planowałam druga książkę. Zauważyłam jednak, że w Krakowie bardzo dbano o twórcze ego i co chwilę uczestniczyłam w spotkaniach, dyskusjach i nieformalnych kawach. Wtedy tez zaczęłam podejrzewać, że być może ludzie widzą we mnie kogoś twórczego. Ciągle pytali, co teraz piszę i „nad czym pracuję”. Rano w kuchni niektórzy stypendyści wymieniali się informacjami, ile znaków w nocy usmażyli. Nie powiem, trochę mnie to stresowało. Pisałam, oczywiście, ale raczej bez napinki. Również dlatego, że nikt nie wymagał ode mnie „odpracowania” stypendium. Wszyscy byli wspierający i mili. To również sprawiło, że lepiej się pracowało. Przez trzy miesiące udało mi się napisać dwa opowiadania, felietony i początek Dzidzi. Siedziałam w spokojnym pokoju, w spokojnym parku i czułam się bardzo rozpieszczana.

 ____________________ 

Agnieszka Drotkiewicz (ur. 1981, autorka powieści. Paris, London, Dachau 2004; Dla mnie to samo 2006; Teraz 2009; Nieszpory 2014 a także zbiorów rozmów: Jeszcze dzisiaj nie usiadłam 2011 oraz Piano rysuje sufit 2015; współautorka Głośniej! Rozmowy z pisarkami 2006 oraz Teoria trutnia i inne 2009; autorka rozmowy z Dorotą Masłowską Dusza światowa 2013 oraz dramatu Daleko od Wichrowych Wzgórz 2010):

Wiosna 2006 roku, którą spędziłam w Krakowskiej Willi Decjusza była przepięknym czasem mojego życia. Po dekadzie, która upłynęła od tamtej wiosny i po pracy w najróżniejszych miejscach i warunkach – mogę ocenić zespół i miejsce Willi jako idealne, jako cudowny azyl. Spędzałam wtedy wiele czasu włócząc się po Krakowie, do dziś wspominam godziny spędzane w centrum Manggha i inspiracje japońskimi drzeworytami. Kwitło moje życie towarzyskie, co dobrze robi przy pisaniu. Z drugiej strony willa daje komfort refugium, wiele godzin spędziłam przy stoliku przed kawiarnią w parku tuż koło Willi pisząc i czytając. Trzy miesiące były też idealnym czasem, czasem, w którym można było się zanurzyć. Inne piękne stypendium, na którym byłam – w Berlińskim LCB – trwało jak dla mnie zbyt krótko – tylko miesiąc. Wiosna 2006 była dla mnie czasem bardzo intensywnej pracy i bardzo intensywnego życia. Do dziś czuję to w powieści Dla mnie to samo, którą napisałam właśnie w Krakowie. Jest ona pełna tej siły, tej energii, którą skumulowałam mieszkając w Willi. Serdeczna i życzliwa Renata Serednicka pomagała mi w czasie tego pobytu w różnych sprawach, sprawiła, że poczułam się tam jak w domu. Tak samo jak Danuta Glondys, która pozwoliła mi zatrzymać się w willi już po stypendium, poza sezonem stypendialnym, kiedyś w zimie, kiedy bardzo potrzebowałam schronienia i azylu pisząc powieść Teraz. Taka chwila wytchnienia jest konieczna, żeby móc coś stworzyć. Zawsze myślę o Willi Decjusza z wielką, wielką wdzięcznością.

 ____________________ 

Mikołaj Łoziński (ur. 1980, autor książek: Reisefieber 2006, Bajki dla Idy 2008, Książka 2011; Prawdziwa bajka 2013):

Z Willi Decjusza mam sam dobre wspomnienia. Piękne miejsce. Świetni pisarze i tłumacze, z którymi wciąż jestem w kontakcie.

Pamiętam, że dobrze się bawiliśmy, próbowaliśmy też pracować. Pojechaliśmy pełnym przemytników pociągiem na targi książki do Lwowa. O mało nie zginął tam szwajcarski autor, który wpadł na pomysł, żeby zrobić zdjęcie celniczki przyjmującej łapówki od przemytników. Uratowała go Renata Serednicka, która nad wszystkim dyskretnie czuwała, i z sercem i oddaniem opiekowała się stypendystami. Należy jej się za to (i oczywiście też za wszystkie inne inicjatywy) co najmniej pomnik w parku przed Willą.

 ____________________ 

Juliusz Strachota (ur. 1979, autor książek: Cień pod blokiem Mirona Białoszewskiego 2009 i Relaks amerykański 2015):

Zatem to mógł być dobrze spożytkowany przeze mnie czas, gdybym wtedy nie był tak strasznie zaćpany. Mało ogarniałem z rzeczywistości, prawie nic, choć starałem się udawać, że ogarniam. Warunki były super, ludzie super, ale ja skorzystałem mało. W zasadzie to zająłem miejsce komuś, kto by z tego stypendium zrobił użytek. No ale gdzieś tli się we mnie kilka wspomnień bardzo inspirujących. Takie przebłyski. No i poznałem Huberta Klimko-Dobrzanieckiego, z czego się bardzo cieszę.

 ____________________ 

Marta Syrwid (ur. 1986, autorka książek: Czkawka 2004, Zaplecze 2009, Bogactwo 2013, Koktajl z maku 2014):

Byłam na stypendium miesiąc, tuż po publikacji mojej debiutanckiej powieści i pracowałam nad początkiem kolejnej (Bogactwo) oraz zakończeniem scenariusza na motywach pierwszej. Bardzo odpowiadało mi, że mogłam żyć całkowicie własnym trybem, być właściwie sam na sam z moją pracą, nie rozpraszać się i nie być rozpraszaną. Myślę, że gdybym mogła zaplanować dłuższy pobyt, udałoby mi się nawet napisać coś: książkę albo scenariusz od początku do końca. A przynajmniej pierwszą wersję.

 ____________________  

Tomasz Osososiński (ur. 1975, tłumacz z łaciny i niemieckiego, poeta):

W trakcie pobytu stypendialnego kontynuowałem pracę nad kilkoma projektami, kilkoma tłumaczeniowymi i jednym pisarskim: nad przekładem korespondencji Rainera Marii Rilkego z Clarą Westhoff-Rilke – przygotowywanego dla wydawnictwa słowo/obraz/terytoria; nad przekładem artykułu Karla Schlögla na temat modernistycznej architektury Brna; nad wyborem tekstów do książki zawierającej teksty R. M. Rilkego o sztuce (przygotowywanej na zlecenie wydawnictwa sic!) oraz nad kolejną własną książką poetycką. Pobyt na stypendium był też okazją do uczestnictwa w życiu kulturalnym Krakowa, m.in. w Festiwalu Conrada. W trakcie stypendium odbyłem (dzięki miłej pomocy pracowników Willi Decjusza) szereg spotkań z tłumaczami i animatorami kultury, m.in. z Elżbietą Jeleń, kierownikiem Instytutu Goethego, z którą omawiałem kwestie współpracy przy organizowaniu spotkań tłumaczy literatury niemieckiej (tzw. sztamtyszów) oraz przy wydaniu i promocji planowanego przeze mnie tomiku wierszy niemieckiego poety Jana Wagnera. Dzięki stypendium miałem też cenną możliwość prowadzenia rozmów z innymi stypendystami Willi Decjusza: Rozą Domascyną, Evą Cserhati, Ondrejem Horakiem, Asli Erdogan i innymi – służących wymianie doświadczeń pisarskich.

Ogólną atmosferę pobytu oceniam jako bardzo dobrą, bardzo duża była też pomoc ze strony pracowników Willi we wszelkich sprawach praktycznych. Było to niewątpliwie jedno z bardziej udanych moich stypendiów.

 ____________________ 

Sławomir Shuty (ur. 1973, autor m.in. Cukier w normie 2002, Blok 2002, Zwał 2004, Ruchy 2008, Jaszczur 2012, Dziewięćdziesiąte 2013): 

Literatura w Polsce jest traktowana po macoszemu. Państwo finansuje teatr, kino, operę (i inne), pisarze są w tych rozdaniach pomijani. Może to dziwić, zważywszy, że to historia, opowieść, anegdota, czyli materia literacka jest podstawą wymienionych sztuk. Nie twierdzę bynajmniej, że pieniądze z budżetu są warunkiem powstawania dobrej prozy, jednak wsparcie materialne może uratować artystom życie. Na pewno tym, którzy nie bacząc na rynkowe trendy eksperymentują z materią literacką. A literackich programów stypendialnych w Polsce jak na lekarstwo, dlatego praca jaką wykonuje na tym polu Willa Decjusza (Homines Urbani) to cenna inicjatywa. Osobiście wspominam pobyt w Willi jak najlepiej, poza potrzebnym do pracy spokojem, pięknym otoczeniem Pałacu i finansami, miałem możliwość spotkania pisarzy i pisarek z całej Europy. Szkoda, że pobyt w Willi trwał tak krótko.

 

 

 

 

Do góry
Drukuj
Mail